Wczoraj w Salonie24 ukazał się interesujący wpis Zbigniewa Kaliszuka na temat patriotyzmu (http://zbigniew-kaliszuk.salon24.pl/272535,nie-bojmy-sie-patriotyzmu). Autor dzieli się ze swoimi spostrzeżeniami na temat przejawów przywiązania Amerykanów do swojej ojczyzny i zestawia je z dwoma poglądami na patriotyzm: Tomasza Żmudzkiego, świeżo upieczonego doktora filozofii, twierdzącego na łamach "Gazety Wyborczej", że patriotyzm to rasizm, i papieża Jana Pawła II.

Niestety, ja się boję patriotyzmu i w dzisiejszej rzeczywistości jest dla mnie czymś zupełnie obcym. Dawniej, przed zniesieniem pańszczyzny, naród nie obejmował całego społeczeństwa. Był tylko wąski "naród polityczny", złożony ze stanów panujących - co w wydaniu Rzeczpospolitej Obojga Narodów oznaczało te 10% szlachty. Chłopi żyli w zupełnie innym świecie i, choć mówili po polsku, Polakami się nie czuli. Dla nich Polakami byli mieszkańcy szlacheckich dworków, których nie darzyli zbytnią sympatią. Dali temu wyraz w czasie rabacji galicyjskiej w 1846 roku, a udział chłopów w powstaniach narodowych był śladowy. Jedynie trochę zebrało się pod sztandarem Tadeusza Kościuszki, ale Bartosz Głowacki i reszta walczyli nie o Rzeczpospolitę Obojga Narodów A.D. 1794, lecz o kraj w którym będą obywatelami.

Ja obywatelem nie jestem. Nie mam biernego prawa wyborczego, nie mogę głosować na wybranych przeze mnie kandydatów tylko na jedno z kilku wielkich stronnictw magnackich (Tusk, Sapieha, Kaczyński czy Radziwiłł - który z nich chciał naprawdę poprawić dolę chłopa?), a jeżeli mogę - to ani burmistrz nie może nic zrobić bez radnych, ani prezydent bez posłów i senatorów. Słowem, moje czynne prawo wyborcze jest iluzją. Nie mówię o tym, że nie mam żadnego wpływu na to, czego się będę uczyły moje dzieci, nie mogę w drodze wyborów na urząd prokuratorski wypowiedzieć się na temat stanu bezpieczeństwa. A jako masa też nic nie możemy - popatrzmy na referenda i inicjatywę ustawodawczą. Jestem chłopem pańszczyźnianym.

Naród polityczny jest też dla mnie czymś obcym. W społeczeństwie feudalnym kariera od pucybuta do milionera nie była możliwa. Jedyny taki wypadek to w czasach dawno zamierzchłych, kiedy Siemowit został księciem gnieźnieńskim (podobno plemienia Polan w ogóle nie było, milczą o nich wczesnośredniowieczne źródła łącznie z dokładnym "Geografem Bawarskim"). Liczyło się pochodzenie. Nawet w ramach stanu szlacheckiego ciężko było iść w górę. W najlepszym razie była to kwestia czterech pokoleń, jak u Poniatowskich. Hetman Stefan Czarniecki, który wszedł na szczyt z pozycji średniozamożnego szlachcica, miał wygarnąć Jerzemu Lubomirskiego: "Ja nie z soli, ani z roli, ale z tego, co mnie boli". Rodzina Lubomirskich dorobiła się fortuny m.in. na żupach solnych. Niedawno wydano "Stanisława Herakliusza Lubomirskiego Mowy Sejmowe z 1670 i 1673 roku" (wyd. Kazimierz Przyboś, Kraków: Księgarnia Akademicka 2010) - oczywiście garstka badaczy może je zapamiętale analizować, myśleć, jakie to błyskotliwe i mądre, jak on chciał dobrze, ale S. H. Lubomirski żył, podobnie jak jego przodkowie i potomkowie - jakkolwiek to zabrzmi marksistowsko - z wyzysku biednych chłopów.